Pan Bóg nigdy nie pozostawia człowieka…

powołaniePan Bóg nigdy nie pozostawia modlitwy człowieka bez odpowiedzi. Zawsze wysłuchuje jego próśb, choć nie zawsze tak, jakby człowiek to sobie wyobraził.
Moja droga do Nazaretu była jedną z możliwych dróg, z których każda jest odmienna, inna, tylko „moja”. Bo Bóg każdą swą owcę wzywa po imieniu, do każdej przemawia innym głosem, przeznaczonym, tylko dla niej – jedynej, umiłowanej nad wszystko.
Jak opowiedzieć dzieło Boże, które dokonało się w moim życiu? W słowach zamknąć to, czego nawet serce pomieścić nie zdoła…
Kiedy byłam małą dziewczynką, babcia zabierała mnie codziennie na Mszę św. Nie do końca świadoma tego, co się ze mną dzieje, napełniałam się Bogiem, pozwalałam Jezusowi dotykać mojego serca, rozpalać pragnieniem pójścia Jego drogą. Często rozmawiałam z babcią o nieskończoności, nie potrafiłam spytać o coś, co tylko czułam i nazwać nie mogłam. Babcia nazywała mnie małym filozofem, a ja wiele lat później odkryłam, że już wtedy, w 4-letniej dziewczynce rodził się głód Boga. Nigdy nie zapomnę tych chwil spędzonych w murach potężnej katedry, choć wtedy napawały mnie wielkim lękiem i na wiele lat przed nimi uciekałam…

Pamiętam moment I Komunii św. Z wielkim napięciem czekałam na przyjście Pana Jezusa do mojego serca. Przyszedł cicho i spokojnie. Czułam tylko wielki pokój. Potem starałam się jak najczęściej przyjmować Jezusa w Eucharystii do swojego serca. Chodziłam na wszystkie możliwe nabożeństwa, a jednak wciąż czułam, że to za mało, że Bóg czeka na coś więcej. Zaczęłam więc chodzić na spotkania Oazy Dzieci Bożych, potem Oazy młodzieżowej. Mówiłam: weź Panie Jezu co chcesz. Oddaję Ci się cała. W rzeczywistości oddawałam maleńką cząstkę siebie, resztę głęboko chowając.

W tym czasie poważnie zachorował mój tata. Lekarze właściwie nie dawali szans na przeżycie. Dwa lata choroby, aż do operacji ratującej życie, to były dla mnie długie rekolekcje. Nauczył mnie Bóg, czym jest życie i jak każdy dzień składać w Jego miłosierne dłonie, oddając się bez reszty.
W któreś wakacje, po trzeciej klasie szkoły średniej, pojechałam na oazę wakacyjną, na której poznałam Siostrę Nazaretankę. Wtedy po raz pierwszy odczułam niepokój podobny do tego, który towarzyszył mi, małej dziewczynce w wielkim Kościele. Czułam potrzebę rozmowy, opowiedzenia siostrze o sobie, ale byłam bezradna. Nie potrafiłam wydobyć z siebie słowa. Nie był jeszcze ten czas.

Potem rozpoczął się szał przygotowań do matury, egzaminów na studia. Wydawało mi się, że widzę przed sobą jasno wytyczoną drogę. Chcę iść na studia – to jest mój cel. Zdałam egzaminy, zostałam przyjęta na studia. Poszłam na Pielgrzymkę do Częstochowy, żeby podziękować Bogu za to, iż pomógł mi ułożyć sobie życie. Byłam pełna entuzjazmu i radości. Wszystko prysło, kiedy stanęłam przed obliczem Matki Bożej. Nie mogłam znieść niepokojącego spojrzenia Maryi. Tak się złożyło, że nasza grupa pielgrzymkowa zatrzymała się w Częstochowskim Nazarecie. Zbyt wiele z tamtej nocy nie pamiętam. Wiem tylko, że był we mnie znany już niepokój i pragnienie ucieczki. Wyszłam z domu na Jasnogórskiej najszybciej jak mogłam. Próbowałam przegnać z serca niepokój, utwierdzić się w przekonaniu, że powinnam studiować. Pod koniec pierwszego roku studiów usłyszałam delikatne: ‘PÓJDŹ ZA MNĄ”. Nie wiedziałam, gdzie mam uciec, chciałam się schować i nie słyszeć, ale wołanie było nieustanne i natarczywe. Zaczęłam pytać: Boże, co mam zrobić. To moje pytanie było pierwszym, nieśmiałym TAK odpowiedziałam Chrystusowi.
Wiedziałam, że Bóg obdarzył mnie łaską powołania, ale nie wiedziałam, w którą stronę mam iść. Jeździłam na rekolekcje do różnych Sióstr, starannie omijając Nazaret. Bóg jednak bardzo konsekwentnie, przez różne wydarzenia i spotkania ku Nazaretowi mnie prowadził…

Wróciłam na studia, które postanowiłam skończyć. Nie miałam jednak zapału, który towarzyszył mi na pierwszym roku. Zaniedbałam naukę, bujając w obłokach i wciąż widząc siebie jako siostrę zakonną. Zaczęłam jeździć do Wspólnoty Dzieci Bożych, pracować z potrzebującymi mnie dziećmi i wydawało mi się, że to wystarczy. Po co mam studiować, skoro i tak nie tą drogą chcę iść? Był we mnie wielki bunt. Bóg dał łaskę nawrócenia. Jak zwykle delikatnie wskazał: nie tędy droga, zaufaj Mi, Ja sam będę cię prowadził. Zaczęłam nadrabiać zaległości na uczelni, starać się uczestniczyć codziennie w Eucharystii, wnikać w środowisko i problemy ludzi, wśród których mnie Bóg postawił. Nie było łatwo, zwłaszcza, że wiedziałam, iż od realizacji mojego powołania dzieli mnie jeszcze kilka lat. Znów spokój odnajdywałam tylko u stóp Pana Jezusa.
Zrozumiałam, że Bóg dał mi ten długi czas oczekiwania w określonym celu, abym każdego dnia powtarzała na nowo: „Oto jestem! Poślij mnie!”- tam gdzie chcesz, zgodnie ze swoją świętą wolą. Często upadałam i czułam się niegodna pójścia za Chrystusem. W chwilach wewnętrznej walki, załamań i niewiary towarzyszyła mi modlitwa bł. Marii od Pana Jezusa Dobrego Pasterza:

„Panie, chcę i pragnę być doskonała, dlatego, że Ty tak chcesz,
że Ty tego pragniesz. Przeto więc ufam, że chociaż jestem słaba i ułomna,
Ty jednak łaską Twoją świętą wesprzesz moje nieudolne siły
i spełni się względem mnie, o Panie, Twoja święta wola i pragnienie. Amen.”

Przestałam się martwić tym, co będzie. Rzuciłam się w wir nauki i pracy ufając, że cokolwiek się ze mną stanie, będzie to Boża wola.
Skończyłam studia. Przyszła chwila decydującego wyboru. Wiedziałam, gdzie jest moje miejsce, nie miałam jednak zgody Rodziców. Miotałam się i bałam się postawić ten jeden krok, który Św. Edyta Stein nazwała „krokiem w nocy wiary”. Rozdarta wewnętrznie wyjechałam z domu, bliskich moich oddając Temu, który mnie wzywał. Towarzyszyły mi słowa z ks. Izajasza:

„Tak, Ja jestem Bogiem i nie ma innego
Bogiem i nikogo nie ma jak Ja.
Obwieszczam od początku to, co ma przyjść
i naprzód to, co się jeszcze nie stało
Mówię: Mój zamiar się spełni
i uczynię wszystko, co zechcę”.

Jestem w Nazarecie. Mimo burz, przeciwności i chwil wahania. Przyprowadził mnie tu Jezus moją drogą. Nie żałuję ani jednej chwili, wiem, że każde doświadczenie było potrzebne, by dojrzalej odpowiedzieć: TAK – całym życiem, oddając się w opiekę Najświętszej Rodziny. Oczekiwanie wyznaczyło godziny radości w moim życiu i nie tylko moim. Moja mama powiedziała: „Jeszcze nie rozumiem, ale jestem szczęśliwa, że jesteś w Nazarecie”.

Siostra Juniorystka

POWRÓT